Konsekwencja w nowym roku

To post napisany dwa lata temu. Nadal aktualny.


To post napisany dwa lata temu. Nadal aktualny.

Nie napiszę o tym, że na blogu hulał wiatr. Nie napiszę o tym, że nadchodzi nowy rok, więc pora to zmienić i będę sumienna (sumienny «skrupulatnie wywiązujący się z podjętych obowiązków» - nienawidzę zaczynać, a potem jak dziecko - ewentualnie mężczyzna, w końcu nie widzę tutaj różnicy - szybko się znudzić i zaczynać coś innego). Nie napiszę kolejnej recenzyjki nowej książki Kominka - a czytam i cenię. Nie napiszę o Maryli Rodowicz i innych Edytach Górniak podczas sylwestrowych zabaw dla ubogich - no bo kto o zdrowych zmysłach chce spędzać ten dzień z tymi stworami? I nie napiszę... Tam ta dadadam... O postanowieniach noworocznych! 

Naprawdę nie interesuje mnie, kto sobie co postanowił. I domyślam się, że niewiele osób by interesowały moje wynurzenia w tym temacie. Nie liczą się dla mnie punkty wypisane na karteluszkach. Dla mnie liczą się CZYNY. Myślicie, że Wam uwierzę, że od dzisiaj będziecie: a. Biegać; b. Odżywiać się zdrowo - zaczniecie dietę i będziecie już niedługo sexy flexi, c. Nie będziecie palić - tak po prostu, przecież to takie proste, d. Będziecie więcej czytać - jesteście tacy zabiegani, potrzebę rozrywki intelektualnej odkładacie na później, usprawiedliwiacie pracą - to się pewnie nie zmieni od tak. 
Etcetera. Etcetera.

Powiem Wam, moim drodzy, jakie popełniacie błędy. Trochę Was będę pouczać, ale do czytania nie zmuszam. Być może nie będzie w mych słowach krzty prawdy - ja NIGDY, naprawdę NIGDY niczego sobie nie postanawiałam w związku z nowym rokiem. Ale do rzeczy...


Przede wszystkim wmawiamy sobie, że sylwester - ten magiczny moment przejścia ze starego w nowy rok - coś w naszym życiu zmieni. Za przeproszeniem... Ch... zmieni. Nie można od tak przekreślić grubą krechą tego, co było, odciąć się i stwierdzić, że magia zadziała. Otwierając skacowani oczy po hucznym (bądź mniej) sylwku, wstaniemy i zaczniemy dzień od zdrowego posiłku, rundki w pobliskim lasku w nowych adidaskach, fajki wyrzucimy do hasioka (no śmietnika), a potem z megainteligentną książką siądziemy w fotelu... (najpierw oczywiście zrobimy sobie z nią sesyjkę ajfonem i wrzucimy na Fejsika, żeby mieć dowód. Bardzo to dupiaty dowód).  Nie, tak nie będzie! I nie łudźcie się, że to takie proste. Nie wierzcie w cuda. Nie wierzcie w magię.

W zamian za to - DZIAŁAJCIE.
1. BIEGANIE. Miałam swoją przygodę. Bywało różnie - byłam systematyczna, walczyłam z sobą, bo to nie jest tak, że sprawiało mi to od razu przyjemność - nie słuchajcie kłamstw. Jeśli oglądacie fotki uśmiechniętych, pięknie wystrojonych biegaczek bez żadnej kropli potu na czole - nie wierzcie w to. Początki nie będą łatwe. Potem - jeśli będziecie konsekwentni - będzie cudownie. 
Ja nie jestem systematyczna. Po jakimś czasie olałam pierwszy tydzień biegania, olałam drugi... I pooszło. Bieganie poszło się j... Pewnie wrócę, bo dawało kopa i ogromną satysfakcję. Ale nigdy nie obiecywałam sobie, że bieganie będzie mi towarzyszyć już zawsze. Nie obiecujcie. Jeśli bieganie Wam nie podpasuje - dużo spacerujcie/chodźcie po górach, chodźcie na basen itp. Warto się ruszać. To chyba logiczne. Ale naprawdę nie załamujcie się, że bieganie Wam się nie podpasuje, źle działa na stawy, po prostu Wam się nie podoba - to, że teraz stało się modne, nic nie znaczy. Bo prawdziwa pasja nie podda się modzie. Mój ukochany biegał w starych adidasach, zwyczajnych koszulkach, kiedy nie było żadnego boomu na ten rodzaj aktywności. Jest temu wierny po dziś dzień, biega maratony i pomimo tego, że nie osiąga wyników jak Usain Bolt - imponuje mi najbardziej na świecie. Swoją skromnością, niepodążaniem za modą - nie kupuje nowych, stylowych butów, bo tak wypada, nie ma gadżetów za grube tysiaki. I ma marzenia. Miejcie pasję, kochani.
2. MAGICZNE STWIERDZENIE - JESTEM NA DIECIE. Rzygać mi się chce, jak to słyszę. Ostatnio późnym wieczorem w Trójce była audycja przecudownej Grażyny Dobroń właśnie o diecie, czyli o jednym z najczęstszych postanowień noworocznych. Drakońska dieta przychodząca wraz z nowym rokiem jest naprawdę koszmarnym rozwiązaniem. Bo powinniśmy wyrabiać nawyki - krok po kroku, nikt nie wymaga, żeby z dnia na dzień pozbyć się wszystkich "złych" składników z jadłospisu. Nasz organizm potrzebuje 3-4 miesięcy na przetworzenie całej krwi i "odświeżenie" krwinek. Dlatego właśnie zdrowe nawyki są tak ważne. 
Powinniśmy wyrzucić z naszego osobistego słownika słowo "dieta". No bo z czym nam się ono kojarzy? Z głodówką, z wyrzeczeniem, czymś, co może i sprawi, że przez chwilę będziemy wyglądać zgrabniej, ale pewnie będziemy nieszczęśliwi. Po prostu postanówmy, że z każdym dniem będzie zdrowiej - że będziemy sami sobie gotować, zamiast jeść w fast foodach, że otworzymy się na różne kuchnie, że urozmaicimy posiłki i przekąski, wprowadzimy do jadłospisu dobre dla nas produkty. Zobaczycie, że zadziała. 
A wiedzieliście, że picie kawy na czczo to najgorsze, co możemy zrobić (do tego pewnie papierosek...), bo przecież nasz organizm po nocy jest już bardzo zakwaszony?!
3. PALENIE. Sama jestem imprezowym palaczem, nigdy nie wciągnęłam się na tyle, żeby palić codziennie. Nie kupuję zbyt często fajek, nie myślę o papierosku po otwarciu oczu. Kręci mi się w głowie po wypaleniu fajury. Cóż radzić - próbujcie, zastąpcie je czymś (oby to nie była czekolada, bo będziecie musieli wrócić do punktu drugiego...), otaczajcie się ludźmi niepalącymi, zróbcie to dla dziecka/kobiety/mężczyzny/mamy - chęć udowodnienia komuś może działać pobudzająco!
4. CZYTANIE... Jestem zdania, że jeśli ktoś nie ma tego nawyku wpojonego od małego - jest na straconej pozycji. Chyba że czytanie go zafascynuje, odkryje jakąś książkę, która otworzy przed nim nieznane lądy/horyzonty itp., itd. Co ja tu będę pieprzyć - zapiszcie się na wstępie do biblioteki, przesiądźcie się z auta do autobusu/trwamwaju/pociągu albo wgrajcie sobie audiobooka i słuchajcie chociaż przed zaśnięciem bądź w środkach lokomocji. Nie musicie od razu zaczynać od "Ulissesa". 

Właśnie w ten sposób chciałam Wam życzyć wszystkiego dobrego w nowym roku. 

Zobacz też

21 komentarze

  1. Ja nie wierzę w magiczne daty. Bo zmieniać siebie i swoje życie - zwłaszcza na plus - można każdego dnia, choćby od jutra.

    OdpowiedzUsuń
  2. Śliczne Wy moje!!!
    Zgadzam się z każdym Twoim słowem!!! Nie można się zmienić z dnia na dzień!!! Nie powiem, że i ja nie popadałam swego czasu w ten noworoczny pociąg do postanowień do ,,WIELKICH CZYNÓW" ;), z wiekiem skutecznie mi jednak przeszło. Biegać uwielbiam i będę, gdy Hanka wyskoczy mi z brzusia. Dietę zmieniłam na zdrową i rozsądną już dawno temu i od ponad 10 lat nie mam problemów z wagą. Papieroski jeszcze na studiach skutecznie wybił mi z głowy Misiaczek :*. Książki to moja pasja i czytam co wieczór (choć nie raz przysnę z nosem w lekturze, wymordowana całodziennymi harcami Zosi ;D).
    Moje jedyne tegoroczne ,,postanowienie/życzenie" noworoczne, to urodzić zdrową, rumianą dzidzię i szybko ogarnąć się w nowej rzeczywistości nie zaniedbując przy tym Zosi!!!
    Wszystkiego najlepszego w Nowym Roku i 100 lat blogowania ;D!!!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dlatego życzę Ci, żebyś urodziła cudnego, zdrowego bobaska i żeby Twoja cudowna rodzina była szczęśliwa! :* I zdrowa, bo to podstawa szczęścia :)
      Dzięki :*

      Usuń
  3. Zgadzam się z Tobą w 100%. Dla mnie ten 1 stycznia to data umowna, nie ma w niej magii i nie przynosi nowego sama w sobie ale jakby nie patrzeć kończy pewien okres naszego życia. Był moment kiedy liczyłam sobie takie okresy zgodnie z latami akademickimi bo to właśnie październik przynosił coś jakby nowego, na pewno bardziej niż styczeń. Teraz idąc za rzeszą mi podobnych traktuję 1 stycnzia *czy też ostatni grudnia) jako dzień rozliczenia się przed samą sobą. Nie jestem z tych, którzy na imprezie sylwestrowej przypominają sobie, że warto by coś postanowić, ani też nie z tych którzy traktują te postanowienia jako coś czego trzeba się sztywno trzymać. Sama niewiele spełniłam postanowień z zeszłego roku, a jednak 2013 był dla mnie bardzo dobrym rokiem, wielu pozytywnych zmian. Nie jestem więc wcale nie siebie zła ani rozczarowana. Jednak dzięki temu, że spisałam sobie jaki kierunek chciałabym obrać mogłam w ciągu roku do tego wracać, a teraz też porównać czy coś się nie zmieniło, czy nadal chcę iść w tą samą stronę.

    A jeśli chodzi o sam "charakter" celów jakie sobie obieramy to zasada jest zawsze taka sama - przynajmniej u mnie, niezależnie od tego czy to marzenie czy postanowienie noworoczne czy coś jeszcze innego. Ja zawsze sobie myślę o tym co chciałabym osiągnąć dalekosiężnie - np. bez sensu jest nagle z dupy, pierwszego stycznia sobie powiedzieć muszę schudnąć 20kg, albo nauczyć się niemieckiego na poziomie b1. To nie może być celem - utrata wagi? Ja np. nie chcę stracić ileś kilogramów - nie podoba mi się moja sylwetka, mam słabą kondycję, chcę mieć ładnie zarysowane mięśnie, źle się odżywiam bo mocno odczuwam to na swoim zdrowiu. Utrata wagi to efekt uboczny tak jakby. Trzeba się po prostu dobrze zastanowić na czym nam zależy naprawdę. Mi nie zależy, żeby ileś ważyć tylko, żeby ładnie wyglądać i lepiej się czuć. Chyba mega to zagmatwałam :D Mam nadzieję, że rozumiesz o co mi chodzi :P to tak jak z rzucaniem palenia. Rzucanie palenia to żaden cel. Jeśli po fajach źle się czuję i kręci mi się w głowie i nie mogę złapać oddechu, to chcę żeby tak nie było. Moim celem jest więc "zadbanie" o swoje zdrowie. Niektórzy będą chcieli rzucić, żeby oszczędzić. Wtedy ten cel nie jest pusty. Bo wiem, że rzucam bo oszczędzę 300zł miesięcznie i za pół roku kupię na przykład aparat. A jak ktoś sobie wymyślę rzucam bo powinienem... szybko zapomni o tym postanowieniu.

    A i jeszcze jedno, cele muszą też być jak najbardziej sprecyzowane. Tak jak na przykład z tą nauką języka, ja uczę się ich dla przyjemności, to taka jakby moja pasja, ale załóżmy, że ktoś chcę podszkolić swój angielski bo chce za rok zmienić pracę. Musi zdefiniować po kolei kroki, nie "nauczę się ang na c1". Nie. Zapiszę się na kurs, do maja zrobię certyfikat itd itp. No, także dosiego :*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zrozumiałam (przynajmniej tak mi się wydaje:D). I pięknie tutaj opisałaś to, z czym również się zgadzam! Cele powinny być sprecyzowane - ale właśnie, cele, a nie postanowienia... Cel kojarzy mi się z czymś, do czego dąży się dłuższy czas, nie jest chwilowym zrywem, to coś, co chcemy osiągnąć ciężką pracą i zdeterminowaniem. Sama mam takie cele - czasami się udaje, czasami tylko częściowo, a czasem trzeba cel przełożyć np.na następny rok. Ale dążę, pomału i takie cele napędzają obroty i sprawiają, że życie ma sens :)
      Wszystkiego dobrego, waleczny grejfrucie! :*

      Usuń
    2. No niby tak, ale z drugiej strony postanowienie tak naprawdę postanowienie w języku polskim to coś co sobie postanawiamy, a postanawiamy znaczy podejmujemy decyzję. Czyli decyduję się, że chcę rzucić palenie czyli jest to mój cel :P Dobra, koniec głupot :D Ja mam tylko cele noworoczne. I jeszcze raz wszystkiego naj w nowym roku i żeby był bardzo owocny szczególnie w nowe zdjęcia na blogu!!!

      Usuń
    3. Od podjęcia decyzji do dążenia do celu - przynajmniej w moim przypadku - jeszcze daleka droga :D
      Będzie owocny - na pewno! :)

      Usuń
  4. Szczerze życzę wytrwałości w postanowieniach i Wszystkiego Najlepszego w 2014r
    Pozdrawiam serdecznie
    Zocha :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Ja też się zgadzam w 100% i już mi bokiem wyszło całe to zamieszanie staro-nowo-roczne. Jak byłam mała, to czekałam z zapartym tchem z której stony ten Nowy Rok przyjdzie, miałam wizję, że to jakiś człowiek :))) Nie lubię tego przerostu formy nad treścią, który towarzyszy aferze, nudzą mnie bale-śmale, imprezki i przymus wyglądania jak ta lala w noc sylwestrową. Dlatego nie wyglądam, niczego nie postanawiam, życzenia przyjmuję, dziękuję i odwzajemniam, bom kulturalna - ale generalnie wolę celebrować cały rok a nie tylko koniec i początek. No, to tyle :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zgodnie z założeniem, że "jak wyglądasz w sylwestra, tak będziesz wyglądać cały rok" musiałabym kilka lat przechodzić w pidżamie i bez makijażu... ;) ;) ;)

      Usuń
  6. Na tym świecie, Wszechświecie, działa naturalna zasada- Yin/Yang. Zawsze coś się kończy, by zacząć się mogło. A po to, by jakoś, kurde, ten świat ogarnąć. Trochę liniowo, zerojedynkowo, praktycznie, a trochę dziwnie, pokręcono, spiralnie. Tak to już jest! To tak a propos końca i początku roku, ha, ah:)

    OdpowiedzUsuń
  7. Jako, że przesądna jestem i w ogóle to dla mnie zmiana daty ma w sobie trochę mocy, ale oczywiście nie takiej która zmieniłaby leniucha w biegacza itd;) Stosuję taktykę raczej nie postanowień, a przemyśleń. Jakie błędy popełniłam w roku ubiegłym albo co było fajnego i jak zrobić aby następny rok był jednak bardziej udany.
    Co do diety to zgadzam się z Tobą w 100%. Ważne jest zdrowe odżywianie, dostarczanie swojemu organizmowi wartościowych rzeczy, a nie kalorie. Już od dłuższego czasu jestem maniaczką czytania składów produktów;)
    Co do biegania, to ponoć aby zachować zdrowie trzeba robić minimum 1000 kroków dziennie. Ta wiadomość znacznie uspokoiła moje wyrzuty sumienia;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, też gdzieś o tym przeczytałam i jestem spokojna :D Duuużo chodzę, więc może wystarczy ;) ;)
      A składy czytam, odkąd mama dzwoniła do mnie ciągle, żeby dostarczyć mi nowych informacji na temat jakiegoś strasznego składnika :D

      Usuń
  8. Mogę spokojnie się uśmiechnąć do siebie i do Ciebie, ponieważ nigdy nie czekałam na Nowy Rok, by móc coś w mym życiu zmienić lub wprowadzić. Nowy Rok znaczy dla mnnie poprostu, bycie o rok starszą a zmiany wprowadzam ciągle, praca nad sobą zajmuje mi sporo czasu, ale ogromnie się cieszę, że ruszyłam dupsko już wiele lat temu i nie mam na myśli tu dbanie o swoje ciało, typu: bieganie czy zdrowe odżywianie, chodzi mi o pracę nad swoim umysłem.

    A tak poza tym, to fajnie to wszystko nam rozpisałaś, dla mnie ważne jest od czasu do czasu odświeżyć wiedzę, np. z ttym bieganiem(choć poradników, nie cierpię czytać) twój post jest bardzo energetyczny a tego właśnie mi trzeba.

    Piękne dziołchy śląskie, wszystkie dwie:)
    Pzdr:)

    OdpowiedzUsuń
  9. Nic, tylko się zgodzić. Rok ma te 365/366 dni i w zasadzie co miałoby sprawiać, że 1 stycznia jest lepszy od 10 września? A no nic. Jak chcesz/nie chcesz czegoś robić to żadna data w tym nie pomoże, ani nie przeszkodzi. Pozdrowienia! :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O, ale trafiłeś, 10 września ma urodziny ktoś dla mnie ważny :-)
      Pozdrowienia, chłopaki! Do zobaczenia na szlaku ;)

      Usuń
    2. O, ale trafiłeś, 10 września ma urodziny ktoś dla mnie ważny :-)
      Pozdrowienia, chłopaki! Do zobaczenia na szlaku ;)

      Usuń

No naskrob coś gryfnego, naskrob! Nie wstydź się tak.

Instagram