Tatry... skąpane w deszczu

Moje ukochane Tatry w końcu postanowiły dać mi porządnie w kość. I to nie np. na Orlej Perci, żebym chociaż mogła się pochwalić, jaka ...



Moje ukochane Tatry w końcu postanowiły dać mi porządnie w kość. I to nie np. na Orlej Perci, żebym chociaż mogła się pochwalić, jaka ja zwinna. Pokazały mi cztery litery, zadrwiły ze mnie na łatwej trasie. Ale ja się nie dałam. Nie ze mną takie numery. 




W drodze do Zakopanego psuje się auto. Jest po 16, mechanicy pracują do 17. Zachowuję zimną krew i udaje się szybko i sprawnie coś tam naprawić. Jedziemy. 

Do schroniska w Dolinie Chochołowskiej docieramy dobrze po 22. Nie pada, jest ciepło. W naszych głowach pojawiają się myśli: "A może jutro będzie ładnie? Może prognozy się nie sprawdzą?". 

Ruszamy przed 7 na Wołowiec. Prognozy nie były optymistyczne, więc szybko rezygnujemy z pomysłu wybrania się na Rohacze. 
Cały czas pada, ale jakoś mi to na początku szczególnie nie przeszkadza. Oczami wyobraźni widzę już tatrzańskie panoramy. 

Zaczynam się niepokoić tuż pod Wołowcem, kiedy wiatr przeszkadza mi w szybszym kroku. Za Wołowcem jest już tylko gorzej i dziś z jednej strony żałuję, że zabrakło nam zdrowego rozsądku, żeby zawrócić, a z drugiej - to była prawdziwa wyrypa i jest co wspominać. 

Z Wołowca ruszamy na Jarząbczy Wierch. Po drodze zatrzymujemy się na posiłek. Widoków - ZERO. Za to deszcz i wiatr robią swoje - jestem zmarznięta i marzę tylko o ciepłym łóżku. Niestety, czeka mnie długa i w tych warunkach niełatwa droga. 

Zanim spełni się moje marzenie o kąpieli i łóżku, muszę zaliczyć jeszcze dwa Wierchy: Kończysty i Trzydniowiański. Wiatr się wzmaga, gdyby nie plecak - pewnie runęłoby ze skał me wątłe ciało. W twarz uderzają kryształki zmrożonego deszczu, w niektórych momentach przytulam się do skał, rozważając, czy nie pozostać w tej pozycji już na zawsze... Wiatr przewraca mnie kilkukrotnie, ale oczywiście już na łatwej drodze w dół, na błocie, wywijam orła. I zonk. Ból w nodze taki, że ma bujna wyobraźnia już widzi ratowników, bo jak tu się ruszyć. Na szczęście ból trwa krótko i okazuje się, że bez problemu mogę iść dalej. 

Droga do schroniska dłuży się niemiłosiernie. Po takim dniu wszystko smakuje sto razy lepiej! I muszę przyznać, że zużywam chyba z trzy razy więcej wody niż przeciętny turysta pod prysznicem - w takich momentach nie myśli się o ekologii. 

Koniec przygód? Niestety. Zapominam rozciągnąć mięśnie i się doigruję. Z moją nogą wcale nie jest OK. Nie pozwala mi zasnąć, a ból się wzmaga, powodując, że łzy same ciekną z gał. Wymasowanie żelem i przeciwból pozwalają przetrwać do rana. 

A rano...  Ulewa. No i utykanie z bólu. Zanim dochodzimy do auta, znowu jesteśmy przemoczeni do suchej nitki. Cud, że nie dostałam zapalenia płuc. A z kulejącą nogą pomęczyłam się kilka dni. Na szczęście się ogarnęła i nawet znowu biega :-) 

Tatr ciąg dalszy nastąpi, bo w sierpniu znowu je odwiedzę. Rysy czekają.




Zobacz też

2 komentarze

No naskrob coś gryfnego, naskrob! Nie wstydź się tak.

Instagram