Babia Góra uczy pokory

Kwiecień powoli dobiega końca, a mnie ani widu, ani słychu. Ale jak żyć, skoro wiosna śmieje nam się bezczelnie w twarz? Daje nadzieję, ...


Kwiecień powoli dobiega końca, a mnie ani widu, ani słychu. Ale jak żyć, skoro wiosna śmieje nam się bezczelnie w twarz? Daje nadzieję, a potem ją odbiera. Niedobra baba. Niedobrą babą okazała się dla nas w niedzielę 24 kwietnia również Babia Góra. Bo baby potrafią dać w kość. 




Uwielbiam spontaniczne wypady, dlatego gdy usłyszałam w sobotę hasło: "Babia, jedziesz z nami?", to poczułam ten sam dreszcz co zawsze. Przygodo, nadciągam. Sprawdzam doniesienia GOPR-owe i trochę się obawiam: zagrożenie lawinowe - trójka, w wyższych partiach ponad 100 cm śniegu i inne niepokojące informacje. Ale przecież nie jestem Grażyną w szpilkach (nie obrażając żadnych Grażyn) i nie jadę z Januszami (nie obrażając Januszy), tylko z dwoma facetami, którzy są totalnymi wariatami: jeżdżą na tych, wiecie, szalonych rowerach i ryzykują ciągle swe życie. W górach zdobyli tyle, że fiu, fiu, więc będzie dobrze. 

Królowa śniegu
Do schroniska w Markowych Szczawinach docieram już nieźle zgrzana - aż tylu śniegu się nie spodziewałam. Włosy zamarzły - to, co sypie z nieba, osiada na kudłach i zamarza. Ale jeszcze mam złudzenia, że jakoś to będzie. W schronisku zjadam żur, popijam małym sikaczem i lecimy. Im wyżej, tym bardziej się z siebie śmieję - zaśnieżane podejścia powodują, że a to się ślizgam, a to zapadam w śniegu i nie mogę wydostać, a to kolana zaczynają odmawiać posłuszeństwa. Myślę sobie: "Kurde, Julka, czas na ostry trening, co z Tobą?". No ale brniemy. Kijki, które oddaje mi K., ułatwiają sprawę. Im bliżej szczytu, tym gorzej. Widoczność baaardzo ograniczona, śnieg powoduje, że nic nie widzę - jak mogłam być taką idiotką i nie spakować okularów? Chopy się zmieniają i oddają mi co jakiś czas swoje. Baby, pamiętajcie - nie malujcie się w górach zimą. Włosy zamarzły, makijaż był wszędzie, ale nie tam, gdzie powinien... Miss piękności nie zostaniecie, wręcz przeciwnie... ;-) 

Lost 
Dowiadujemy się, że do szczytu mamy 10 minut, niestety warunki i widoczność powodują, że postanawiamy zawrócić. Facet, który samotnie idzie za nami, postanawia nam towarzyszyć. No i pojawiają się problemy... Gubimy się. 
Jeśli byłabym sama, z moją cudowną orientacją w terenie, zostałabym tam z pewnością na zawsze. Przebiśnieg... Ta myśl towarzyszy mi dość długo. O dziwo nie czuję strachu, tylko dziwną bezsilność - w pewnym momencie, kiedy po raz kolejny nie mogę się wydostać i podnieść spod śniegu, myślę sobie: "A może sobie posiedzę i tu zostanę?". Na szczęście faceci szybko przywołują mnie do porządku i każą iść dalej. Wiem, że doprowadzą eskapadę do happy endu. Dzielnie przecierają szlaki, próbują uruchomić GPS-a i na czuja szukają drogi. 
Bawię się w słabą blondynę. D. daje mi swoją kurtkę (mam na sobie podkoszulek, bieliznę termoaktywną na długi rękaw, polar, bluzę polarowo-softshellową, kurtkę przeciwdeszczową i kurtkę D.). Niesie też mój plecak. Przedziera się więc przez zaspy z dwoma plecakami. Mam wyrzuty sumienia, ale jakoś szczególnie nie protestuję. 
Zahaczamy o żółty szlak. Ja w głowie mam przepaści i lawiny. Brnę wytyczanymi przez towarzyszy głębokimi śladami i nie rozglądam się zanadto. W końcu jest on... Czerwony szlak - przeżyję! ;-) 

Ocaleni
Trudne warunki zaczopowały mózg - ręce zaczynały już boleć od zimna, a dopiero w schronisku przypomniałam sobie o chemicznych ogrzewaczach, które cały czas były w nerce. Zjadam szarlotkę i ruszamy w dół, jeden z wariatów musi być jeszcze wieczorem w... pracy. Udało się - jesteśmy w Kato cali i zdrowi. Czy baba przyniosła chopom pecha na Babiej? Mam nadzieję, że to nie była moja sprawka, że pierwszy raz musieli dokonać odwrotu... Góry po prostu uczą pokory. 


Pozdrawiamy pierwszego Pana z lewej, który zawrócił razem z nami

Ku przestrodze
- to mogliśmy być my. Na szczęście daliśmy radę bez pomocy GOPR-u. 

Góry są piękne, ale uczą pokory. 
Góry będą już zawsze ze mną. 
Bo góry uczą życia.


Nogi dla tych, którzy nie lubią tatuaży ;-)

A teraz ogłoszenie parafialne: Lajkujcie fanpage D. "Panie, którędy do Chin?", ponieważ D. chce jako pierwszy przejechać trasę z Polski do Chin na... rowerze. W obie strony. Wiecie, takie tam 30 tys. km. Możecie go też wesprzeć finansowo. Wspierajcie fajnych wariatów, dzięki nim życie jest niezłą przygodą!

Zobacz też

2 komentarze

  1. Dobrze, że nic Wam się nie stało! Jak widać, nawet dobre przygotowanie potrafi być niewystarczające w obliczu przyrody. Oby wiosna przyszła już niedługo ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Niestety, najdroższy sprzęt i ciuchy czasem nie są w stanie przeciwstawić się sile natury ;-)

      Usuń

No naskrob coś gryfnego, naskrob! Nie wstydź się tak.

Instagram