Przełęcz Zawrat i Czarny Staw pod Rysami po raz drugi

Tatry bywają złośliwe. Może dlatego tak je kocham, bo to nas łączy. Te piękne góry skutecznie niwelowały moje plany w ostatnie dwa week...


Tatry bywają złośliwe. Może dlatego tak je kocham, bo to nas łączy. Te piękne góry skutecznie niwelowały moje plany w ostatnie dwa weekendy. Najpierw nie widziałam nic, potem czułam się niezwykle lekka - wiatr dosłownie mnie przewracał. Ale co? Jak zwykle będę nudna - było pięknie. 

Idziemy za ciosem i po ostatniej niepogodzie postanawiamy w kolejny weekend spróbować szczęścia w Tatrach. Zapowiedzi pogodowe naprawdę zachęcają, więc już widzę siebie na Kozim Wierchu i Zawracie. To jednak by było zbyt piękne...

O, wszystko widać!
Zaczyna się od tego, że po godzinie 17 otrzymuję SMS-a, że nasz autobus, który miał do Zakopanego z Katowic ruszać jakoś o 1:30, nie pojedzie z przyczyn technicznych. Świetny początek. Ruszam z wrażenia napić się piwa na mieście, po czym wracam, zasypiam na 3 godziny i ruszam w ciemno na autobus o 3:45. Na szczęście nam się udaje. Zasiadamy, zasypiamy i ruszamy. Gdy otwieram oczy, świta, a widoki są nieziemskie. Czuję w kościach, że w końcu M. zobaczy wszystko jak na dłoni. Serce się rwie, nogi się rwą. Może być lepiej?

Łapiemy busika do Palenicy i ruszamy ponownie w stronę Morskiego Oka. Przy Wodogrzmotach Mickiewicza odbijamy przez Dolinę Roztoki do Doliny Pięciu Stawów. Idzie mi się doskonale, mimo tłumów, których tak bardzo nie lubię. Zahaczamy o zapierającą dech w piersiach Siklawę i ruszamy dalej. M. po ostatniej wyprawie schodzą paznokcie u stóp i niestety zaczynają doskwierać. Coraz mocniejszy wiatr też nie ułatwia sprawy. Decyduje, że pozostanie w Piątce i na mnie poczeka... Trochę zbija mnie to z pantałyku, ale przecież muszę gdzieś iść, bo nie przeżyję. Nosi mnie!



Hulaj dusza
W schronisku ludziów jak mrówków - z trudem przeciskamy się z plecakami, do których przyczepione są śpiwory i karimaty. Tłumy i kolejki takie, że żyć się odechciewa. Kierujemy się ku recepcji, gdzie dowiadujemy się, że nie wiadomo, czy dostaniemy glebę, bo będzie sporo ludzi schodzących z Orlej Perci. No OK, przecież jeszcze jest Morskie Oko i Roztoka. Damy radę. 
Zostawiam M. i swój ciężki plecak w schronisku. Ruszam na lekko w kierunku Koziego. Wieje straszliwie, zaczynam się trochę martwić i zastanawiać, co zrobić. Mijam ludzi, którzy zawrócili właśnie z Koziego Wierchu, odradzają. Myśli kotłują się w głowie - nie poddam się, ruszam chociaż na Zawrat. Trochę jestem zawiedziona, bo już tam byłam, ale szybko przypominam sobie, że przecież wchodziłam od Hali Gąsienicowej, trudniejszej strony. Będzie więc totalnie inaczej - zresztą zawsze jest. Lecę szybko, żeby M. nie musiała długo czekać, ale wiatr niestety momentami mnie powala! Zrywa kaptur z głowy, wyrywa wodę z dłoni. W dodatku M. dzwoni i oznajmia, że... jej śpiwór zniknął! No to mamy problem. No nic, damy radę. 


Sprintem fruu
Wchodzę dzielnie coraz wyżej - no i jest coraz gorzej. Momentami ledwo trzymam się na nogach i żałuję, że jednak nie mam na plecach obciążenia w postaci plecaka. Czuję się "goła". Dłuży mi się jakoś, ludzi za mną brak, wszyscy już schodzą. Wprawia mnie to w lekki niepokój, ale dzielnie prę do przodu.
Od przełęczy Zawrat dzieli mnie 5 kroków, a ja stoję i... czekam. Muszę obejść skałę, ale boję się ruszyć, żeby nie zostać zdmuchnięta w dół. W końcu stwierdzam, że się nie poprawi i po prostu muszę błyskawicznie tego dokonać. Uf, udaje się. Strzelam jedno zdjęcie i... zbiegam na dół. Dostaję takiego powera, że wyprzedzam wszystkich i dosłownie biegnę. W schronisku jestem dzięki temu ponad godzinę przed przewidzianym czasem. 

Ile jeszcze? 
Widzę te tłumy i odechciewa mi się wszystkiego. Nie mam nawet ochoty zamawiać herbaty - to by się wiązało ze staniem w ogromnej kolejce. Ruszamy więc do Morskiego Oka. Początki są trudne - marzę, żeby być już na dole. Widoki na szczęście wszystko rekompensują. Schodzimy mozolnie w dół, M. bolą stopy coraz bardziej. Ja na szczęście mam siły i w MOK-u nie czuję wielkiego zmęczenia. Okazuje się, że recepcja jest jeszcze nieczynna, są już kolejki za noclegiem. M. trochę się załamuje, siada pod ścianą, rozważa powrót do Kato (jak dobrze, że nie było za wielu połączeń). Ja staję w kolejce, rozmawiam z ludźmi i tak sobie stoję i pilnuję. Co tam, tyle przeszłam, jeszcze postoję. A to papieroska zapalę przed schroniskiem, a to do kibelka skoczę, a to do schroniska w Roztoce zadzwonię i dowiem się, że nie gwarantują gleby, bo ludzi dużo. Czas mija i na szczęście udaje się zdobyć... Łóżka. Solidarnie płacę 58 zł za łóżko w nowym schronisku (dla tych bez śpiworów) i ruszamy się najeść. Z plecaków wyciągamy naszych pocieszycieli - wina przelane do plastikowych butelek. Humory od razu się poprawiają - gadamy nawet z Czechem z pokoju. Myślałam, że w miarę rozumiem czeski, ale chyba się pomyliłam. Dogadujemy się więc mieszanką polsko-czesko-angielską. Polubiłam Czecha. Myślał, że mam 19 lat. Fajny człowiek ;-) 

Rysy, miłe wspomnienie
Rano - po całym winie i piwie na głowę - czuję się niewyraźnie. Po śniadaniu na szczęście trochę mi się poprawia i ruszamy nad Czarny Staw pod Rysami. Zasiadamy - patrzę i patrzę. Wspominam wejście na Rysy. Ciekawe, może kiedyś jeszcze tam wrócę... :-)
W drodze powrotnej do Palenicy dłuży nam się i dłuży. Asfaltu końca nie widać. Dzikie tłumy, biedne konie. Jakoś w końcu dostajemy się do Zakopanego i Katowic. To była fajna wycieczka!




Zobacz też

1 komentarze

No naskrob coś gryfnego, naskrob! Nie wstydź się tak.

Instagram